Spacery po Gdansku





Tu, gdzie płynie rzeka Swelinia – Zimowy nurt sopockiej strugi

Rivulum, qui Svelina dicitur – Piotr Mazurek, nasz przewodnik PTTK, z którym zwiedzamy Sopot, wita nas dzisiaj łacińską sentencją. Grzebiemy w odmętach pamięci i domyślamy się, że chodzi o rzeczkę, którą nazywają Swelinia.
Dzisiejszy spacer na szczęście nie odbywa się pod hasłem reanimacji języka martwego. Dziś po prostu idziemy wzdłuż potoku i zachwycamy się. Wszystkim Czytelnikom radzimy, aby jak najszybciej wybrali się na przechadzkę naszą trasą. Może to już ostatnie chwile, by w sopockich wąwozach otaczających Swelinię złapać tchnienie prawdziwej zimy? Zobaczyć, jak połacie śniegu błyszczą w porannym słońcu?
Zaczynamy w okolicach Zamkowej Góry. Wspinamy się aż za Aquapark i schodzimy schodami w dół, prawie nad same morze. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i jesteśmy w miejscu, gdzie Swelinia wpada do zatoki. Tu niegdyś było przejście graniczne między Gdynią a Wolnym Miastem Gdańskiem.
- W średniowieczu Swelinia była też północną granicą włości cystersów oliwskich – opowiada Piotr Mazurek w czasie, gdy wspinamy się w górę potoku. – Pierwsza wzmianka o Swelinie starsza jest od zapisków o samym Sopocie. O potoku wspominano już w 1235 roku.
Swelinia nagle kończy się, a my stoimy na al. Niepodległości, w miejscu gdzie kiedyś również stały graniczne szlabany.
Uzupełniamy wiedzę o wiadomości, że Swelinia ma łącznie 2,5 km długości, a jej źródła znajdują się 60 m n.p.m. już na terenach Gdyni. Jest też Swelinia praktycznie jedynym sopockim potokiem, który prawie na całej długości płynie w otwartym korycie.
- Wąwozy, które mijaliśmy, mają nawet 30 metrów wysokości – kończy Piotr Mazurek, gdy zbliżamy się do pozostałości po wspaniałych niegdyś sopockich pensjonatach. Nawet zaniedbane budynki w promieniach marcowego słońca wyglądają jednak jakby sympatyczniej. Zapraszamy na wycieczkę!
Marcin Tymiński

1. Ujście Swelini
Jesteśmy dokładnie na granicy między Gdynią a Wolnym Miastem. Tu do września 1939 roku stała niewielka budka graniczna, w której kontrolowano dokumenty. Przejście miało wybitnie turystyczny charakter.
- Tu szczególnie często granicę przekraczały polskie wycieczki z Gdyni – opowiada Piotr Mazurek. – Bezpośrednio przy plaży w sezonie zawsze stało przy granicy kilka kawiarenek, w których można było odpocząć po “formalnościach” granicznych. Nazwa samego potoku szczególnie nie podobała się Niemcom, ze względu na jej słowiańskie pochodzenie. Woleli nazywać potok Grenzfliess, czyli Granicznym Potokiem.

2. Szlaban graniczny
Gdybyśmy kilkadziesiąt lat temu przekraczali granicę dzisiejszą al. Niepodległości, szlaban zatrzymałby nas na wysokości tablicy z nazwą Gdynia.

3. Schronisko
W tym miejscu przed wojną znajdowało się schronisko, w którym wypoczywali przybywający do Sopotu turyści. Po wojnie obiekt przez jakiś czas był użytkowany przez sopocki oddział Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego.

4. Dawny pensjonat
Chyba najsmutniejszy akcent spaceru. Ciekawskich mury dawnego pensjonatu witają tabliczką z napisem, że obiekt przeznaczony jest do rozbiórki i grozi zawaleniem. Dziś znajduje się w prywatnych rękach. Po wojnie przejął go Uniwersytet Gdański. Gdy uczelnia wyprowadziła się z budynku, ten powoli obraca się w coraz większą ruinę.
- Przed wojną znajdował się tu Pensjonat na Zamkowej Górze – wyjaśnia Piotr Mazurek. – Cieszył się ogromną popularnością ze względu na wspaniały widok na morze, jaki oferował.
Dziś widok dostępny jest tylko dla odważnych, którzy zdecydują się złamać zakaz wejścia, wspiąć po niepewnych schodach i, tak jak kuracjusze kilkadziesiąt lat temu, ponad czubkami drzew zobaczyć niebieski bezmiar morza i nieba.

5. Dom Turysty PTTK
- Niestety, i ten obiekt musimy określić mianem pozostałości niegdyś wspaniałego miejsca wypoczynkowego – kończy spacer Piotr Mazurek. – Niegdyś dom użytkowało PTTK, później budynek podzielił los pensjonatu na Zamkowej Górze.
Olbrzymi i niewykorzystany kompleks turystyczno-wypoczynkowy góruje nad sopockim Aquaparkiem jak wyrzut sumienia. Zdawałoby się, że zaprasza na swe przestronne tarasy, z których widok na morze jest jeszcze piękniejszy niż z pobliskiego pensjonatu. To wyrzut sumienia władz miasta, które chyba nie bardzo wiedzą, jak piękne obiekty marnują się w turystycznej, podobno, perle naszego wybrzeża.